"O plenerach i takich tam"

Przez długie lata, dymani w tyłek przez złowrogie potęgi Europy, walczyliśmy o przetrwanie i nie w głowie nam były głupie przyśpiewki. A szkoda – podobna sytuacja zmobilizowała amerykańskich Negrów do pielęgnacji własnej kultury muzycznej, z serca której zostali gwałtem wyrwani przez aroganckich białasów. Owszem, Polakom nieźle wychodzi wspólne się modlenie – choć, znów porównując do tradycji afroamerykańskich – jakieś to u nas wszystko smętne, nieszczęśliwe, bolesne i paradoksalnie, nie dające zbyt wiele nadziei.
Dziwne – zważywszy, że „evangelion“ oznacza po grecku radosną nowinę. Jeśli chodzi o wspólne śpiewanie, nie jest za dobrze; z drugiej strony Polacy lubią muzykę i większość słucha jej pasjami. Oczywiście jej jakość może budzić spore zastrzeżenia, ale dowodów na polskie przywiązanie do muzyki jest wiele: tradycja festiwali typu Sopot czy Opole, powstanie disco-polo, tłumy na darmowych imprezach plenerowych, tysiące aut, dudniących od głośnego „umpa-umpa“ na ulicach. A propos plenerów, ponoć Polska jest jedynym krajem w Europie, w której robi się darmowe imprezy pod gołym niebem.
Pominąwszy fakt, że większość plenerowych wykonawców to mistrzowie muzycznego chłamu, ta sytuacja niszczy kulturę klubowego grania. Kiedy ostatnio robiłem wywiad do Łossskotu z zespołem Mnaga A Zdorp (wystąpili w pierwszym muzycznym filmie Zelenki) w Libercu, zaskoczyło mnie w sumie wszystko: dobre nagłośnienie, ilość młodych ludzi na koncercie, ich brak agresji czy umiar w piciu. Rodzimi macherzy od wielkich gigów najwyraźniej postanowili zarżnąć właścicieli małych
klubów, którzy – wbrew powszechnej koniukturze - usiłują forsować swoje alternatywne gusta muzyczne.
No właśnie – można by narzekać na braki w polskim osłuchaniu, ale przecież winę za ów stan rzeczy ponoszą media. Radia, które w 70 % puszczają zachodnie badziewie, a rodzimą twórczość upychają po nocnych godzinach, kiedy mało kto słucha muzycznych audycji (skąd my to znamy? Czyż nie z ramówki publicznej telewizji, która podobnie – niczym – worek ziemniaków z odrostami - traktuje kulturę?). Dziennikarzy, którym wystaje słoma z butów, którym mylą się nazwiska, plyty i fakty, wreszcie których gusta przypominają
piłkarską wiedzę braci Kaczyńskich. Całe szczęście, że od czasu do czasu pojawi się w Polsce ktoś rangi Petera Gabriela, The
Police czy Queens Of The Stone Age. Całe szczęście, że istnieją imprezy klasy Heineken Open‘er Festival czy choćby śląskiego Offu, gdzie wszystko jest tak, jak być w Europie powinno – płacisz i dostajesz to, co najlepsze.